Już koniec jesieni, a ja wygrzebałam jeszcze z forum kryzys.org swoje świadectwo z lata i chcę sobie nim trochę ogrzać serce. Miałam pod nim tyle ciepłych komentarzy.
29.08.2012r.
Nawrócić się to nie sztuka jak Bóg wyciąga nas za uszy. Trudniej żyć Chrystusem...
Wczoraj w nocy obejrzałam sobie nasz forumowy film "Spotkanie".
Zobaczyłam samą siebie w tym, co Jezus mówił do Melissy w tym barze,
słowo po słowie. Ja wtedy go nie słuchałam, ale nigdy nie jest za późno
aby zacząć Go słuchać.
Cóż, w ostatnim czasie mogłam wypróbować swoją wierność Bogu, swoje
postanowienie, w naprawdę ciężkich chwilach, kiedy w ogóle nie czułam
Jego obecności, kiedy modlitwa to była walka o każde słowo, kiedy dni
zabiegania i pracy były tak do siebie podobne, że aż zlewały się w
jedno, kiedy otaczali mnie prawie sami niewierzący i kpiący sobie z
chrześcijaństwa.
Od tamtego mojego nawrócenia zdarzyło się wiele trudnych rzeczy: przemoc
męża wobec mnie w różnych formach, choroby dzieci, w tym przewlekłe
oraz trzykrotnie zakończone szpitalem, moja utrata pracy, pożar domu
rodziców, dwanaście rozpraw sądowych, odejście duszpasterza naszego
ogniska, stronniczy wyrok RODK, przewlekły brak czasu.
I wiele błogosławieństw: odzyskanie pracy, program 12 kroków, wszystkie
nasze wspólne rekolekcje i wakacje, nowy duszpasterz, piękne nowe
przyjaźnie, sukcesy szkolne dzieci i wielkie cuda pojednania małżonków,
które wszyscy mogliśmy oglądać.
Przez sporą część tego czasu dochowywałam wierności temu, czego w ogóle
nie czułam. Deklarowałam miłość i zaufanie mając w sobie pustkę. Ale to
nie miało znaczenia - Pan Bóg przyjmował moją postawę przez cały czas.
Jestem na dziesiątym kroku i naprawdę się z niektórymi namęczyłam, ale
przemiana i uzdrowienie trwa ciągle. Proces przebaczania mężowi jest
dłuuuugi, ale nie ustaje.
Pan Bóg mi pokazuje - widzisz? możesz nie czuć wiary, miłości i
przebaczenia, możesz błądzić, upadać, cofać się, bać, ale wciąż być ze
mną, bo moja cierpliwość dla ciebie jest nieskończona.
Po dość długim czasie, w dniu spędzonym w Sanktuarium Matki Bożej
Szkaplerznej w Oborach, dostałam znów łaskę dotknięcia Bożej Miłości i
spojrzenia na otoczenie Jego oczami. Wiem że to jest piękny podarunek,
który dostaje się na jakiś czas, a potem znów będzie walka duchowa i
szare dni prozy życia, gdy najtrudniej być świadkiem Chrystusa, gdy ze
zmęczenia człowiek podpiera się nosem albo dopada go przejmująca
samotność, która zdaje się nie mieć końca, czasem niewiara w uzdrawianie
małżeństw albo w ogóle w sens tego wszystkiego.
Ale teraz cieszę się moim podarunkiem. Czuję się przytulona przez Jezusa
i Jego Matkę. Pragnę dla mojego męża i moich dzieci tego, co najlepsze,
nie roszcząc sobie do nich praw własności. Wiem że mogę oddać jeszcze
bardzo wiele w intencji nawrócenia męża. Często odkrywam, jak mój mąż
był poraniony, jak teraz jest zniewolony. Czuję ogromną miłość do naszej
wspólnoty, która jest wyjątkowa, bo jest tu tyle ran przemienych w
perły.
Dziękuję mojemu Panu i Zbawcy za każdy z tych minionych dni i za wszystko co mi jeszcze przyniesie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz