środa, 17 sierpnia 2016

Koniec listopada, 2012

Już koniec jesieni, a ja wygrzebałam jeszcze z forum kryzys.org swoje świadectwo z lata i chcę sobie nim trochę ogrzać serce. Miałam pod nim tyle ciepłych komentarzy.

29.08.2012r.
Nawrócić się to nie sztuka jak Bóg wyciąga nas za uszy. Trudniej żyć Chrystusem...
Wczoraj w nocy obejrzałam sobie nasz forumowy film "Spotkanie". Zobaczyłam samą siebie w tym, co Jezus mówił do Melissy w tym barze, słowo po słowie. Ja wtedy go nie słuchałam, ale nigdy nie jest za późno aby zacząć Go słuchać.

Cóż, w ostatnim czasie mogłam wypróbować swoją wierność Bogu, swoje postanowienie, w naprawdę ciężkich chwilach, kiedy w ogóle nie czułam Jego obecności, kiedy modlitwa to była walka o każde słowo, kiedy dni zabiegania i pracy były tak do siebie podobne, że aż zlewały się w jedno, kiedy otaczali mnie prawie sami niewierzący i kpiący sobie z chrześcijaństwa.

Od tamtego mojego nawrócenia zdarzyło się wiele trudnych rzeczy: przemoc męża wobec mnie w różnych formach, choroby dzieci, w tym przewlekłe oraz trzykrotnie zakończone szpitalem, moja utrata pracy, pożar domu rodziców, dwanaście rozpraw sądowych, odejście duszpasterza naszego ogniska, stronniczy wyrok RODK, przewlekły brak czasu.

I wiele błogosławieństw: odzyskanie pracy, program 12 kroków, wszystkie nasze wspólne rekolekcje i wakacje, nowy duszpasterz, piękne nowe przyjaźnie, sukcesy szkolne dzieci i wielkie cuda pojednania małżonków, które wszyscy mogliśmy oglądać.

Przez sporą część tego czasu dochowywałam wierności temu, czego w ogóle nie czułam. Deklarowałam miłość i zaufanie mając w sobie pustkę. Ale to nie miało znaczenia - Pan Bóg przyjmował moją postawę przez cały czas. Jestem na dziesiątym kroku i naprawdę się z niektórymi namęczyłam, ale przemiana i uzdrowienie trwa ciągle. Proces przebaczania mężowi jest dłuuuugi, ale nie ustaje.

Pan Bóg mi pokazuje - widzisz? możesz nie czuć wiary, miłości i przebaczenia, możesz błądzić, upadać, cofać się, bać, ale wciąż być ze mną, bo moja cierpliwość dla ciebie jest nieskończona.

Po dość długim czasie, w dniu spędzonym w Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej w Oborach, dostałam znów łaskę dotknięcia Bożej Miłości i spojrzenia na otoczenie Jego oczami. Wiem że to jest piękny podarunek, który dostaje się na jakiś czas, a potem znów będzie walka duchowa i szare dni prozy życia, gdy najtrudniej być świadkiem Chrystusa, gdy ze zmęczenia człowiek podpiera się nosem albo dopada go przejmująca samotność, która zdaje się nie mieć końca, czasem niewiara w uzdrawianie małżeństw albo w ogóle w sens tego wszystkiego.

Ale teraz cieszę się moim podarunkiem. Czuję się przytulona przez Jezusa i Jego Matkę. Pragnę dla mojego męża i moich dzieci tego, co najlepsze, nie roszcząc sobie do nich praw własności. Wiem że mogę oddać jeszcze bardzo wiele w intencji nawrócenia męża. Często odkrywam, jak mój mąż był poraniony, jak teraz jest zniewolony. Czuję ogromną miłość do naszej wspólnoty, która jest wyjątkowa, bo jest tu tyle ran przemienych w perły.

Dziękuję mojemu Panu i Zbawcy za każdy z tych minionych dni i za wszystko co mi jeszcze przyniesie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz