sobota, 13 sierpnia 2016

Czerwiec 2012 c.d.

Dostałam mały prezent tuż przed piątymi urodzinami mego syna. T. oddał płyty, które miał w samochodzie od tamtego wieczoru dwa i pół roku temu, kiedy po raz ostatni odjechał oplem spod domu. Nie oddał ich z nagłego przypływu dobroci, ale po prostu w nowym aucie używa już innego nośnika i płyty zrobiły się zbędne. Dał dzieciom.
"Słoneczniki ścięte, z których światło uchodzi
jesień igrająca z ogniem,
zaparzanie skośnookiej herbaty,
miłe z nią rozmowy..."
To jest muzyka, przy której narodził się Samuel pewnej czerwcowej nocy pięć lat temu. Masa wspomnień. Dobrych. Trochę bolą, ale takie ceny płacimy za dobre wspomnienia.
"Zostanie tyle gór, ile udźwignąłem na plecach,
zostanie tyle drzew, ile narysowało pióro..."
Jestem zdecydowanie po trzydziestce, zatem mój sentymentalizm nie rokuje już na wyleczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz