Drugi miesiąc nie byłam u spowiedzi i bardzo jest mi z tym źle. Ciąży mi jak kamień pragnienie sakramentu pojednania, oby jeszcze przed wakacjami. Gdyby tak w moich myślach w chwilach pokusy wciąż brzmiało: Jezu Chryste, Synu Dawida, ulituj się nade mną.
Na przykład wczoraj, gdy znów straciłam cierpliwość do kłócących się późno wieczorem dzieci i rozdzieliłam je siłą. A nie doszłoby do tego, gdybym im towarzyszyła całe popołudnie. Skończyło się łzami i wzajemnymi przeprosinami w moim łóżku.
Wkrótce szóste urodziny Samuela i zarazem dzień imienin jego taty. Święci Piotrze i Pawle, wzbudźcie w sercu mojego męża zainteresowanie synkiem i miłość do niego. Aby Samuel, tak pięknie narodzony nocą sześć lat temu, nie był nigdy wymieciony w ciemny, szary kąt serca taty. Boże, Ty ich połączyłeś ustalając datę narodzin naszego syna, strzeż tego połączenia, odnów jego ojcostwo, to niemożliwe, aby tam nic już z tych uczuć nie było!
Wydaje mi się, że serce mojego męża zupełnie skamieniało, ale wtedy przypomina mi się biblijne zdanie, że nawet kamienie wołać będą na chwałę Bożą, kiedy przyjdzie czas.
Słucham konferencji ojca Adama Szustaka i otwierają mi się oczy na nieznane aspekty Słowa Bożego. Cudowne są jego nauki o Modlitwie Pańskiej. Ale wcale nie jest mi łatwiej się modlić niż zwykle. Zły cały czas, do ochrypnięcia, szepcze w drugie ucho: "Ty beznadziejna jesteś, ty lepiej udawaj, że cię nie ma przed obliczem Boga, idź się schować." Idź precz, szatanie, ode mnie.
Jezu, przyjmij tę kulawą modlitwę. Tobie chwała i cześć i umiłowanie. Jeszcze kilkanaście dni i będą sycharowe wakacje. A tam znowu poprowadzisz nas na skróty do Siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz